Cytaty, fotografie oraz relacje są fragmentem materiałów dostępnych w Archiwum Społecznym Sulejówka. Więcej fotografii znajduje się z kolei w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. profesora Zbigniewa Wójcika w Sulejówku. Czekamy także na Twoją historię!
Dom rodziny Cholewów
ul. Reymonta 18 (dawniej 43)

Leokadia i Edward Stelmaszyńscy

Albin Stelmaszyński

Jadwiga Stelmaszyńska

Jadwiga Stelmaszyńska i Edward Borowiecki na posesji przy ul, Reymonta 43

Bogusław Borowiecki z psem na posesji przy ul. Reymonta 43

Bogusław Borowiecki na podwórku domu przy ul. Reymonta 43

Bogusław Borowiecki z wiatrówką na werandzie domu Cholewów przy ul. Reymonta 43 w Sulejówku

Bogusław Borowiecki z dziadkiem Edwardem Stelmaszyńskim przed domem Cholewów przy ul. Reymonta 43 w Sulejówku

Edward Stelmaszyński, Bogusław Borowiecki, Leokadia Stelmaszyńska i Jadwiga Borowiecka na werandzie domu Cholewów przy ul. Reymonta 43

Rodzina Bogusława Borowieckiego przed domem Cholewów przy ul. Reymonta 43 w Sulejówku

Klasa maturalna – od prawej stoją: Andrzej Ochalski i Bogusław Borowiecki, Sulejówek

Klasa maturalna LO w Sulejówku przed tzw. barakiem. Od lewej kucają: Andrzej Ochalski i Jerzy Niecikowski, od prawej stoją: Makarewicz, Wójcik i Bogusław Borowiecki

Bogusław Borowiecki na maturze w liceum w Sulejówku

Jadwiga, Zenon i Wanda Stelmaszyńscy, Warszawa
„Wcześniej, w czasie okupacji, moja ciocia Wanda mieszkała w Sulejówku z mężem (…). Dziadek zaczął szukać jakiegoś mieszkania i dzięki tej wiedzy o Sulejówku częściowej, gdzie jego córka mieszkała, ta Wanda Saleta, poszedł do kwaterunku, chyba, w Sulejówku i mu wskazali dom Cholewy. Bo wtedy przydzielali tych mieszkańców na siłę. I znaleźliśmy się w tym domu Cholewy. (…) On znacznie lepiej wygląda niż kiedyś wyglądał, a otoczenie zmieniło się na gorsze. (…) Dzieciństwo spędziłem właśnie na Reymonta 43. Potem numer się zmienił na 18 i dzisiaj jest taki. A dzieciństwo miałem o tyle wspaniałe, że na tyłach tego domu był hektar takiego starego lasu i ja właściwie cały czas tam byłem, w tym lesie. Wszystko mnie interesowało, jak budowa mrowisk przez mrówki, motylki i inne. Była duża różnorodność roślin i drzew. Przede wszystkim sosny stare, ale poza tym były dęby, grab był, pamiętam, jeden, i klony, i olszyna, i grzyby, i jagody. Więc bardzo wspaniałe miejsce do zabaw takich z sąsiadami. No, ale to się trochę zmieniło, kiedy pan Cholewa zdecydował rozparcelować ten teren na działki, no to już dostęp miałem utrudniony, a potem już w ogóle nie było, bo tam pobudowali się wszyscy. Ale domieszkaliśmy tam, na Reymonta, do 1984 r”.
Bogusław Borowiecki
„To był dom, który nie był przewidziany na miejsce dla lokatorów, bo to był w zasadzie jednorodzinny dom (…). Patrząc na ten dom od frontu, to pośrodku była weranda i balkon nad nią bardzo ładny. Taki drewniany dom, w stylu otwockim trochę, tylko że bardzo regularną miał architekturę. Państwo Cholewowie z matką pana Cholewy zajmowali tę część lewą, patrząc od frontu. Tam były trzy pokoje i kuchnia. A część prawą myśmy objęli – dwa pokoje z kuchnią. (…) Dwa pokoje z kuchnią bez żadnych wygód. Żadnych. Była tylko pompa taka na zewnątrz ręczna, ubikacja na zewnątrz, tzw. sławojka. Na górze były niskostropowe, że tak powiem, pomieszczenia nad całym domem i tam rodzina Wołdźków zamieszkała po przyjeździe z Wrocławia. (…) Z kwaterunku”.
Bogusław Borowiecki
„Przed tym domem – on był bardzo zadbany kiedyś – był taki ogród w stylu, nie wiem czy francuskim czy angielskim, w każdym razie były klomby, na klombach posadzone były jaśminy, albo bzy chyba, jaśminy były też (…) i wzdłuż ulicy były lipy, które pięknie pachniały latem, osiki i chyba jedna albo dwie topole. Natomiast w środku, między domem a ulicą rosły jeszcze trzy olbrzymie topole, największe w, Sulejówku. One nie były bardzo rozłożyste, ale nie były też te strzeliste, tylko to takie królewskie topole, piękne były”
Bogusław Borowiecki
„[Sulejówek] Najlepiej wyglądał w 1947 r., kiedy żeśmy się tutaj zadomowili. Było mało domów, ulice były niebrukowane, były wozy konne tylko, nie było prawie samochodów, ale była cisza i bardzo dużo zieleni”.
Bogusław Borowiecki
„[Pamiętam] rodzinę Woźniaków, a tam było czworo rodzeństwa. Z nimi się tam bawiłem w tym lesie. (…) Leszek, Andrzej, Bożena i Alicja Woźniak. (…) Dom przed nami. Oni się pobudowali, to jest duży dom, ale między tym domem a naszym wbudował się jakby, bo wykupił połowę tej działki na Reymonta 43 taki dekarz z Okuniewa. Oni wybudowali dom murowany, który stoi tuż przy Reymonta, ale głębiej, w tym lesie, stał taki dom parterowy. Bardzo ładny dom parterowy, rozległy, i tam cała ta rodzina mieszkała. Pan Woźniak był cholewkarzem. To była specjalność szewska. Pracował dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, bo to wtedy przecież milicja wtedy i UB i inni nosili bryczesy i cholewy. I on te cholewy produkował w domu i dowoził. Tam często lubiłem chodzić, pogadać sobie z właśnie tym panem Woźniakiem. Był sympatyczny. Bo oni przyjechali ze wschodu gdzieś, ze wschodniej części Polski”.
Bogusław Borowiecki
„Różne były zabawy, tam na Reymonta jeszcze: w chowanego, w berka, w piłkę, w klipę. (…) Klipa to jeden długi kij, taki trochę masywniejszy i krótki taki kijek, i tym dużym uderzało się w ten krótki. I, o ile pamiętam, to strona przeciwna musiała złapać ten kijek i wcelować w tego rzucającego. Coś takiego jak baseball było. A jeszcze była taka gra w czyżyka. To było prostsze, bo kopało się ukośny dołek w ziemi, taki rowek, w którym się mocowało taki 15-centymetrowy kijek, i on wystawał w tej połowie części pod kątem, i w niego się uderzało takim kijem większym, i trzeba było wcelować w jakiś kwadrat, czy coś, narysowany na ziemi tam dalej. Żeby wyskoczył, robił łuk, żeby tam wpadł”.
Bogusław Borowiecki
„Najbardziej wryła mi się w pamięć klasa czwarta, w której to wychowawczynią była pani Parowa, nauczycielka języka polskiego i ona wspaniałą rzecz urządziła. Mianowicie teatrzyk taki, pod tytułem chyba: „O królu Ćwieczku”, w którym ja zostałem tym królem Ćwieczkiem. I wystąpiliśmy na scenie w tym baraku, pamiętam, byłym, bo już go nie ma, i moja rodzina, moja mama mnie nie poznała, tak byłem ucharakteryzowany”.
Bogusław Borowiecki
„Wtedy to była szkoła łączona, podstawowa i liceum jednocześnie. Nie pamiętam, żeby to jakoś było rozdzielone, tylko to była szkoła ogólnokształcąca stopnia podstawowego i licealnego. Taka była nazwa pełna. Siedem klas podstawowych, 8-11 liceum”.
Bogusław Borowiecki
„Warunki nie były złe, bo ten budynek był przystosowany, żeby tam prowadzić nauczanie, ale – o ile pamiętam – to klasy były przepełnione. Wtedy jakoś tak dużo było tych uczniów. Zwykle były to dwie klasy: A i B. Towarzystwo było fajne, w ogóle miło wspominam, jako okres takiej szczęśliwości, w pewnym sensie”.
Bogusław Borowiecki
„Ze szkolnymi kolegami to była mała grupa, z którą się kontaktowałem tutaj, bo tory nas przedzielały od szkoły, więc były takie jakby grupy towarzyskie, że ta strona północna się bliżej kontaktowała ze sobą, a strona południowa ze sobą. Tam zresztą były wsie dołączone do Sulejówka: Żurawka, Ratajewo i inne, natomiast po tej stronie naszej była Miłosna przede wszystkim, czyli Cechówka dawniej i Okuniew. Ale muszę od razu powiedzieć, że do naszej szkoły, do liceum, dojeżdżali również absolwenci podstawówek np. z Halinowa, z Mińska Mazowieckiego, z Rembertowa, i to nasze liceum miało bardzo dobrą renomę pod względem jakości nauczania”.
Bogusław Borowiecki
„Ojciec [Tomka Opalskiego] był rzeźbiarzem. Dla towarzysza Bieruta wykonał taką rzeźbę: koń z jeźdźcem. (…) Kiedy szkoła zdecydowała się z wizytą do Belwederu udać, to właśnie ojciec Tomasza Opalskiego przygotował piękną rzeźbę białego konia i jeźdźca na nim. Chyba gipsowa była i ona tak wykończona jest, że się lśniła. I reprezentacja szkoły zawiozła tę rzeźbę właśnie”.
Bogusław Borowiecki
„Miałem potknięcie w liceum, dołączyłem do klasy niższej. Jak się nazywała ta nauczycielka, która mnie oblała z polskiego? I wcale nie żałuję, że powtarzałem 11 klasę na maturze, bo dołączyłem do wspaniałego towarzystwa, z którym już miałem kontakt, w niższej klasie. To był Ochalski i Niecikowski, tych dwóch, którzy potem filozofię skończyli obaj, Jerzy Niecikowski i Andrzej Ochalski. I w tej grupie wszedłem w krąg zainteresowań muzyką klasyczną, filmem i teatrem. I to mi zostało do dzisiaj. (…) Jeszcze do tego był Kazik Nowicki (…). No i w tej grupie się tak bawiliśmy i towarzysko rozwijaliśmy, m.in. w zakresie zainteresowań muzyką klasyczną. Bo chodziliśmy do filharmonii dość często. Ale zaczęło się wszystko od jazzu. Najpierw na jazz chodziliśmy do Warszawy wtedy. Pamiętam, że od 1956 r. zaczęła się rozwijać muzyka jazzowa w Polsce. Bo wcześniej to było prawie zakazane, bo to było amerykańskie. Pachniało imperializmem. A potem zespoły zaczęły powstawać (…). I te koncerty zaczęły się odbywać w Filharmonii Warszawskiej. Jak w Filharmonii to już i muzyka kameralna, i nie tylko kameralna, w ogóle klasyczna mnie zainteresowała, zresztą dzięki tym moim kolegom: Andrzejowi i Miszy itd. Razem chodziliśmy i na jazz i na koncerty muzyki poważnej”.
Bogusław Borowiecki
„Inicjatorem {zjazdu absolwentów] był oczywiście Tomek Opalski. Od niego się zaczęło. On to zaczął. Ponieważ ja też z nim byłem jakoś tak zaprzyjaźniony, nie tyle, że się odwiedzaliśmy, ale się spotykaliśmy, i on zaproponował właśnie. Nie wiem skąd u niego taki pomysł był, ale w każdym razie w 1988 r. taki pomysł się urodził. Dobrał sobie właśnie mnie i jeszcze parę osób. Tam była jeszcze chyba Marysia Szyrle, starsza koleżanka nasza troszeczkę, Dominikiewicz-Szyrle, (…). Jeszcze była chyba Ela Ciąćka w tym komitecie. Nie mogę nigdzie znaleźć takiego spisu pełnego. Dalsze zjazdy mają taki spis właśnie tego komitetu całego. Pierwszy zjazd się odbył w 1989 r., w czerwcu. (…) Bardzo udany był to pomysł, olbrzymia ilość ludzi. Wtedy olbrzymią pracę wykonaliśmy, bo musieliśmy dotrzeć do tych absolwentów. To było uciążliwe szukanie kontaktów telefonicznych i korespondencyjnych. W każdym razie chyba wtedy ponad 300 osób było na tym zjeździe. Jeszcze Zosia Wołkowińska też była w tym komitecie. Teresa Kredowska. Ze starszego rocznika troszeczkę. Pracy było dużo. Dwie części były: tzn. była część organizacyjna i oficjalna, gdzie były przygotowane przez uczestników, głównie z tego komitetu, ale nie tylko, takie wspomnieniowe rzeczy o szkole, a druga część to był bal wieczorem. Bardzo dobra zabawa, z muzyką. Ja nie wiem kto to prowadził pierwszy raz tę muzykę, DJ jakiś. (…) W każdym razie bardzo udany był ten zjazd pierwszy.””
Bogusław Borowiecki