Przejdź do treści

przyroda

„Wcześniej, w czasie okupacji, moja ciocia Wanda mieszkała w Sulejówku z mężem (…). Dziadek zaczął szukać jakiegoś mieszkania i dzięki tej wiedzy o Sulejówku częściowej, gdzie jego córka mieszkała, ta Wanda Saleta, poszedł do kwaterunku, chyba, w Sulejówku i mu wskazali dom Cholewy. Bo wtedy przydzielali tych mieszkańców na siłę. I znaleźliśmy się w tym domu Cholewy. (…) On znacznie lepiej wygląda niż kiedyś wyglądał, a otoczenie zmieniło się na gorsze. (…) Dzieciństwo spędziłem właśnie na Reymonta 43. Potem numer się zmienił na 18 i dzisiaj jest taki. A dzieciństwo miałem o tyle wspaniałe, że na tyłach tego domu był hektar takiego starego lasu i ja właściwie cały czas tam byłem, w tym lesie. Wszystko mnie interesowało, jak  budowa mrowisk przez mrówki, motylki i inne. Była duża różnorodność roślin i drzew. Przede wszystkim sosny stare, ale poza tym były dęby, grab był, pamiętam, jeden, i klony, i olszyna, i grzyby, i jagody. Więc bardzo wspaniałe miejsce do zabaw takich z sąsiadami. No, ale to się trochę zmieniło, kiedy pan Cholewa zdecydował rozparcelować ten teren na działki, no to już dostęp miałem utrudniony, a potem już w ogóle nie było, bo tam pobudowali się wszyscy. Ale domieszkaliśmy tam, na Reymonta, do 1984 r”.

Bogusław Borowiecki

„Przed tym domem – on był bardzo zadbany kiedyś – był taki ogród w stylu, nie wiem czy francuskim czy angielskim, w każdym razie były klomby, na klombach posadzone były jaśminy, albo bzy chyba, jaśminy były też (…) i wzdłuż ulicy były lipy, które pięknie pachniały latem, osiki i chyba jedna albo dwie topole. Natomiast w środku, między domem a ulicą rosły jeszcze trzy olbrzymie topole, największe w, Sulejówku. One nie były bardzo rozłożyste, ale nie były też te strzeliste, tylko to takie królewskie topole, piękne były”

Bogusław Borowiecki

„Dziadek generalnie był ziołolecznikiem, zielarzem. Zajmował się zbiórką ziół, przeróbką tychże i dostarczaniem do aptek. Gdzieś tam chodziła taka informacja, że przed wojną, przy Hożej miał swoją aptekę. (…) Z zawodem dziadka związana jest taka ciekawa historia. Otóż chodząc tutaj po okolicznych lasach głównie na północy, [gdzie] był poligon wojskowy jeszcze związany z okresem zaborów [i] jakiś ośrodek artylerii w jednostce wojskowej, (…) dziadek zaprzyjaźnił się z wilkiem. Oswoił go i ten wilk mieszkał z dziadkiem do końca. Już w czasie wojny, czując śmierć odszedł i zostawił dziadka. Zdechł gdzieś tam w lasach”.

Janusz Cymborski

„Dziadek miał wspaniały sad, wspaniały ogród, zwierzątka. Do tego stopnia, że wszystkie gatunki ziół, jakaś dzika róża, czarny bez z tych, które pamiętam. Masę tego rosło, strasznie dużo pszczół, os i innego robactwa fruwającego. Także byłem kąsany 100 razy w ciągu każdego lata i dzięki temu jestem odporny, nie jestem alergikiem ale to jest odrębny temat”

Janusz Cymborski

„Dziadek w rzeźni w Rembertowie zamawiał beczkę krwi i to wylewał pod róże. Miał piękne róże, wspaniałe. To, co tam było w (…) ogrodzie, to była sama śmietana. Agrest jaki wspaniały był, czereśnie, wiśnie. Jako mały chłopiec zjadałem po kilogramie wiśni dzień w dzień, już nie mogłem. Chyba 3 czy 4 wiśnie, drzewa wiśniowe pełne owocu. (…) Tutaj miliony owadów latało w powietrzu, pszczół, co któraś posesja miała ule. Urodzaj był niewyobrażalny tych owoców, grusze, jabłka, śliwki, wszystko”.

Janusz Cymborski

„Sulejówek przed wojną to była bardzo zdrowa okolica. Przede wszystkim bór sosnowy, dominacja sosny, pola pełne wrzosów i innych polnych roślin, to znaczy ziół. Tutaj ziół było dostatek i właśnie zbieraniem ziół zajmował się zarówno dziadek jak i właśnie siostra żony, czyli ciocia Kostusia. Władysława [żona dziadka już] mniej, ponieważ na jej głowie były dzieci i dom. Pomagała jej w tym służąca”.

Janusz Cymborski