Przejdź do treści

zakupy

„Gdy moi rodzice postanowili zbudować dom w Sulejówku marzyli abym miała blisko do szkoły, ale tak się złożyło, że edukowałam się w Warszawie.
Liceum pozostało dla mnie jedynie bliskim sąsiadem. Chodziły tu natomiast moje opiekunki – Basia i Krysia, które u nas mieszkały. Dziewczyny odprowadzały mnie i odbierały z przedszkola w Milusinie. Pamiętam, że bardzo dużo młodzieży uczęszczało do tego liceum. Gdy szli do szkoły – to zajmowali całą ulicę! Sąsiedztwo było uciążliwe dwa razy do roku – gdy odbywały się całonocne bale studniówkowe i maturalne. Rzadziej zjazdy Absolwentów. W latach 90. natomiast młodzież, która nie miała gdzie się podziać i towarzysko udzielać obrała sobie wejście do liceum jako miejsce spotkań. Często bywało głośno”.

Aneta Sapilak

„Naprzeciwko liceum był mały, biały sklepik spożywczy. Jak na trudne czasy PRL całkiem nieźle zaopatrzony. Były też tam artykuły papiernicze; bloki, kredki, ołówki, krepiny, bibuły a nawet tornistry i worki na kapcie!
Mleko było przywożone w wielkich bańkach. Klienci przychodzili po nie ze swoimi małymi bańkami, które były dwu lub trzy litrowe. Pani wlewała mleko taką wielką, podłużną chochlą. Potem pojawiło się mleko w szklanych butelkach z kapslem srebrnym lub żółtym. Kapsel żółty oznaczał mleko tłuste a biały chude.
Młodzież bywała z sklepiku na każdej przerwie. Pani Celinka, która tam pracowała nazywała uczniów – Kałamarze. I uciszała ich, bo zawsze hałasowali!”

Aneta Sapilak

„Licealiści kupowali w sklepiku ćwiartkę chleba, słodycze [najczęściej dropsy] i oranżadę w butelkach z charakterystycznym kapslem. Powodzeniem cieszyła się też oranżada w proszku i oczywiście guma do żucia!
Panie sklepowe liczyły klientów “na piechotę”. Miały zeszyt w kratkę i ołówek. W latach 70. nawet kalkulatorów nie było. Pojawiły się dopiero w latach 80.
No i kolejki. Zawsze były kolejki!”

Aneta Sapilak

„W tym domu w trakcie okupacji, kiedy cukiernia była nieczynna, zamieszkała Niemka. Skąd ona się tam znalazła? Tego też nie powiem. To był taki parasol ochrony tego domu i tej rodziny”.

Barbara Pasińska-Kruk

„Na rogu Żeromskiego i Dworcowej był kiosk spożywczy, warzywniak i koniec. Zaopatrzenie było siermiężne: chleb, masło, mleko, wędliny oczywiście bułki. Pamiętam, że jak kiedyś chciałem mleko dla kota, to jeździłem pociągiem do Miłosny, do Halinowa lub do Wesołej”.

Wojciech Hyb

„Słynny odbiór kartek na cukier, które trzeba było w Urzędzie Miejskim dokonywać. To się odbywało w takiej kolejce. Mój ojciec nie żył. Mama wysyłała mnie ze swoim dowodem. Nie chciano tych kartek wydać. Jakieś oświadczenie składałem”.

Wojciech Hyb